Śmierć, wieczność i nadzieja chrześcijańska

Pytanie, które towarzyszy człowiekowi od zawsze

Są takie chwile w życiu człowieka, kiedy pytanie o śmierć dotyka nas bezpośrednio. Wystarczy telefon z wiadomością, której się nie spodziewaliśmy. Wystarczy diagnoza lekarska, nagły wypadek, pogrzeb kogoś bliskiego. Jeszcze kilka dni wcześniej rozmawialiśmy z tym człowiekiem, może planowaliśmy spotkanie, może mieliśmy do niego zadzwonić, może odkładaliśmy jakąś rozmowę na później. Nagle okazuje się, że tego „później” już nie będzie. Zostają zdjęcia, ubrania, przedmioty, wiadomości zapisane w telefonie, wspomnienia i puste miejsce przy stole. Wtedy pytanie o śmierć przestaje być tematem teologicznym. Staje się bardzo osobiste: gdzie jest teraz człowiek, którego kochałem? Czy jeszcze kiedyś go spotkam? Czy śmierć naprawdę kończy wszystko?

Prędzej czy później to wszystko dotknie także nas samych. Wiemy, że umrzemy, choć na co dzień żyjemy tak, jakby miało to nastąpić w odległej przyszłości. Planujemy następny tydzień, wakacje, remont, pracę, kolejne lata. I dobrze, bo człowiek powinien żyć, rozwijać się, kochać, pracować i planować. Chrześcijaństwo nie zachęca do nieustannego myślenia o śmierci ani do lękliwego oczekiwania na koniec. Jednocześnie przypomina, że nasze ziemskie życie ma granicę. „Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” – czytamy w Liście do Hebrajczyków (Hbr 9,27).

Kościół nie ukrywa tego faktu. Katechizm Kościoła Katolickiego w numerze 1007 mówi bardzo prosto: „Śmierć jest kresem życia ziemskiego”. Nie jest to zdanie, które ma przestraszyć człowieka. Ma raczej przypomnieć, że czas naszego życia jest ważny właśnie dlatego, że nie jest nieskończony. Nie możemy przeżyć wszystkiego jeszcze raz. Nie możemy bez końca odkładać miłości, przebaczenia, pojednania, nawrócenia czy dobra, które możemy uczynić dzisiaj. Dlatego pytanie: „Co będzie potem?” prowadzi również do innego: jak żyję teraz? Nauka o rzeczach ostatecznych nie została nam dana po to, żebyśmy próbowali zaspokajać ciekawość dotyczącą przyszłego świata. Ma pomóc nam dobrze przeżyć życie, które otrzymaliśmy.

Śmierć nie należała do pierwotnego zamysłu Boga

Kiedy umiera ktoś bliski, nie musimy udawać, że nic wielkiego się nie wydarzyło. Jezus także nie zachowywał się w ten sposób. Kiedy przyszedł do Betanii po śmierci Łazarza i zobaczył płaczącą Martę, Marię oraz ludzi, którzy im towarzyszyli, sam zapłakał. Ewangelista zapisał jedno z najkrótszych, a jednocześnie najbardziej przejmujących zdań Ewangelii: „Jezus zapłakał” (J 11,35).

To ważne. Syn Boży stojący przy grobie przyjaciela nie mówi ludziom: skoro wierzycie w życie wieczne, nie wolno wam płakać. Jezus wie, że śmierć boli. Wie, czym jest rozstanie. Chrześcijańska nadzieja nie odbiera człowiekowi prawa do żałoby. Można wierzyć w zmartwychwstanie i jednocześnie tęsknić za kimś, kto umarł. Można ufać Bogu i płakać na cmentarzu. Łzy nie są dowodem braku wiary. Często są po prostu ceną miłości.

Katechizm w numerze 1005 mówi: „Śmierć jest rozdzieleniem duszy i ciała”. Jednocześnie przypomina, że śmierć pozostaje dla człowieka tajemnicą i czymś, co budzi naturalny lęk.
W numerze 1008 Kościół naucza, że śmierć weszła w historię człowieka w związku z grzechem. Nie oznacza to oczywiście, że każda konkretna śmierć jest karą za konkretny grzech człowieka. Takie rozumienie byłoby błędne. Chodzi o kondycję całej ludzkości dotkniętej grzechem i jego konsekwencjami.

Chrześcijańskie spojrzenie nie kończy się na grobie. Chrystus wszedł w ludzką śmierć i ją przemienił. KKK 1009 mówi: „Śmierć została przemieniona przez Chrystusa”. Jezus naprawdę umarł, ale śmierć nie miała nad Nim ostatniego słowa. Zmartwychwstał. Dlatego św. Paweł napisał: „Jeżeli bowiem umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy” (Rz 6,8). Chrześcijańska nadzieja nie polega więc na przekonaniu, że człowiekowi uda się uniknąć śmierci. Polega na wierze, że Chrystus przeprowadzi człowieka przez śmierć do życia.

Co właściwie dzieje się z człowiekiem w chwili śmierci?

Wokół życia po śmierci narosło wiele wyobrażeń. Jedne pochodzą z literatury, inne z filmów, jeszcze inne z różnych nurtów religijnych. Czasami także chrześcijanie powtarzają rzeczy, których Kościół nigdy nie nauczał. Dlatego warto bardzo precyzyjnie powiedzieć, co rzeczywiście należy do wiary katolickiej. Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego odpowiada na to w pytaniu 205: „Co stanie się w z naszym ciałem i naszą duszą chwili śmierci?”. Odpowiedź jest jasna: przez śmierci następuje rozdzielenie duszy i ciała. Ciało ulega zniszczeniu, natomiast nieśmiertelna dusza staje przed sądem Boga i oczekuje ponownego zjednoczenia z ciałem, które zostanie przemienione przy zmartwychwstaniu. To oznacza, że chrześcijaństwo nie głosi reinkarnacji. Człowiek nie wraca na ziemię w innym ciele i nie otrzymuje kolejnych ziemskich żyć. Nie staje się także aniołem. Anioł i człowiek są różnymi stworzeniami. Człowiek pozostaje człowiekiem. Jego powołaniem jest życie z Bogiem i ostateczne zmartwychwstanie.

Nie wiemy natomiast, jak dokładnie wygląda doświadczenie przejścia przez śmierć. Kościół nie opisuje szczegółowo tego, czego Bóg nam nie objawił. Kompendium w numerze 205 uczciwie zaznacza, że sposób, w jaki dokona się zmartwychwstanie ciała, przekracza możliwości naszej wyobraźni i rozumienia. Dlatego chrześcijanin powinien być ostrożny wobec ludzi, którzy z niezwykłą pewnością opowiadają, jak dokładnie wygląda „tamten świat”. Wiara mówi nam tyle, ile zostało objawione i ile jest potrzebne do zbawienia. Nie daje odpowiedzi na każde pytanie naszej ciekawości.

Śmierć prowadzi do spotkania z Chrystusem

Katechizm w numerze 1020 zawiera piękne spojrzenie na śmierć chrześcijanina. Mówi, że ten, kto jednoczy własną śmierć ze śmiercią Jezusa, widzi ją jako przejście ku Niemu i wejście do życia wiecznego. Kościół właśnie dlatego towarzyszy człowiekowi do ostatniej chwili. Udziela sakramentu namaszczenia chorych, przynosi Komunię Świętą jako Wiatyk, modli się przy umierającym i powierza go Bogu. W obrzędach towarzyszących umierającemu pojawiają się słowa niezwykłe: „Duszo chrześcijańska, zejdź z tego świata w imię Boga Ojca wszechmogącego, który cię stworzył, w imię Jezusa Chrystusa, Syna Boga żywego, który za ciebie cierpiał, w imię Ducha Świętego, który na ciebie zstąpił”. Kościół stoi więc przy człowieku w chwili śmierci nie po to, żeby powiedzieć mu: wszystko się kończy. Przeciwnie. Powierza go Temu, od którego jego życie się rozpoczęło. Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce” (J 14,1-2). Chrześcijańska nadzieja opiera się na konkretnym przesłaniu. Po zakończeniu ziemskiego życia nie czeka nas pustka. Oczekuje nas Chrystus.

Sąd szczegółowy – prawda o naszym życiu

W tym miejscu dochodzimy do prawdy, o której dzisiaj mówi się może trochę rzadziej: do sądu Bożego. Samo słowo „sąd” może budzić lęk. Kojarzy się z salą sądową, oskarżeniem i wyrokiem. Trzeba jednak rozumieć je w świetle całej Ewangelii.

Kompendium w numerze 207 naucza, że życie wieczne rozpoczyna się bezpośrednio po śmierci i że każdy człowiek przechodzi sąd szczegółowy Chrystusa, Sędziego żywych i umarłych. Numer 208 wyjaśnia, że człowiek otrzymuje po śmierci wieczną odpłatę stosownie do swojej wiary i swoich czynów: jest to wejście do szczęścia nieba bezpośrednio albo po oczyszczeniu, bądź wieczne potępienie. Podobnie KKK 1022 naucza: „Każdy człowiek w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym, który polega na odniesieniu jego życia do Chrystusa”, jednak dodaje także, że „Pod wieczór życia będą cię sądzić z miłości, według słów św. Jana od Krzyża.

Warto zwrócić uwagę na ostatnie słowa: odniesieniu życia do Chrystusa. W chwili śmierci kończy się możliwość zmieniania historii naszego ziemskiego życia. Opadają wszystkie maski. Nie ma już znaczenia, jakie wrażenie robiliśmy na innych, jakie mieliśmy stanowisko, ile posiadaliśmy, jaką opinię udało nam się zbudować. Stajemy przed Bogiem z prawdą własnego życia. Jezus w dwudziestym piątym rozdziale Ewangelii św. Mateusza pokazuje bardzo konkretnie, czego ta prawda dotyczy. „Byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25,35-36). Ostatecznie okaże się więc, czy potrafiliśmy kochać.

Niebo – nie miejsce w chmurach, lecz życie z Bogiem

Kiedy mówimy „niebo”, zaraz zaczynamy patrzeć w górę. Tymczasem Katechizm jest w tej kwestii znacznie bardziej precyzyjny. W numerze 1023 naucza: „Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem oraz są doskonale oczyszczeni, żyją na zawsze z Chrystusem”. Kompendium w numerze 209 określa niebo jako „stan najwyższego i ostatecznego szczęścia”. Zbawieni oglądają Boga „twarzą w twarz”, żyją w komunii miłości z Trójcą Świętą, Maryją, aniołami i świętymi oraz wstawiają się za nami. To jest sedno chrześcijańskiego rozumienia nieba: być z Bogiem. Niebo jest spełnieniem najgłębszego powołania człowieka. Święty Paweł mówi: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś zobaczymy twarzą w twarz” (1 Kor 13,12).

A św. Jan pisze: „Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2).

Niebo nie oznacza więc utraty własnej osobowości ani rozpłynięcia się człowieka w jakiejś bezosobowej rzeczywistości. Człowiek pozostaje sobą, ale zostaje doprowadzony do pełni życia, do której został stworzony.

Czyściec – nadzieja oczyszczenia

Jedną z prawd, która bywa niewłaściwie rozumiana, jest nauka o czyśćcu. Niektórzy wyobrażają go sobie jako „mniejsze piekło” albo drugą szansę na zbawienie po śmierci. Ani jedno, ani drugie nie odpowiada nauce Kościoła. Katechizm w numerze 1030 naucza: „Ci, którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego wiecznego zbawienia, przechodzą po śmierci oczyszczenie”.

To zdanie jest bardzo ważne. Człowiek znajdujący się w czyśćcu jest zbawiony. Czyściec nie jest miejscem, w którym rozstrzyga się, czy człowiek będzie zbawiony czy potępiony. Jest ostatecznym oczyszczeniem tych, którzy należą do Boga, ale nie są jeszcze gotowi na pełnię spotkania z Nim. KKK w numerze 1031 wyraźnie zaznacza, że oczyszczenie czyśćcowe jest „całkowicie inne od kary potępionych”. Nie wolno więc utożsamiać czyśćca z piekłem. Możemy to zrozumieć, kiedy pomyślimy o świętości Boga. Człowiek może umrzeć pojednany z Bogiem, a jednak nadal nosić w sobie skutki grzechu, egoizm, nieuporządkowane przywiązania i to wszystko, co jeszcze wymaga uzdrowienia. Spotkanie z Bogiem jest spotkaniem z doskonałą Miłością. Człowiek zostaje przez tę miłość oczyszczony, aby mógł w pełni wejść do radości nieba. Z nauką o czyśćcu łączy się również modlitwa za zmarłych. Nie jest ona tylko pięknym zwyczajem wynikającym z pamięci o bliskich. Ma głębokie znaczenie teologiczne. KKK 1032 przypomina słowa Drugiej Księgi Machabejskiej dotyczące modlitwy za poległych: „Świętą i zbawienną jest myśl modlić się za umarłych, aby byli od grzechów uwolnieni” (por. 2 Mch 12,45). Dlatego Kościół od początku modlił się za zmarłych, a szczególne miejsce zajmuje tutaj Eucharystia ofiarowana w ich intencji. Kiedy zamawiamy Mszę świętą za zmarłego, nie wykonujemy pustego gestu pamięci. Powierzamy go miłosierdziu Boga.

Piekło – możliwość odrzucenia Boga

Nie można uczciwie mówić o wierze w życie wieczne i przemilczeć nauki o piekle. Jezus mówił o możliwości ostatecznego odrzucenia Boga i Kościół nie może tej części Ewangelii usunąć. Jednocześnie trzeba mówić o niej bardzo ostrożnie. Piekło nie oznacza, że Bóg czerpie przyjemność z potępienia człowieka. Pismo Święte mówi coś dokładnie przeciwnego: Bóg „pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2,4).

Katechizm w numerze 1033 wyjaśnia, że piekło jest stanem „ostatecznego samowykluczenia z jedności z Bogiem i świętymi”. To niezwykle ważne sformułowanie. Bóg stworzył człowieka wolnym i traktuje jego wolność poważnie. Miłości nie można narzucić. Można ją przyjąć albo odrzucić.

Katechizm w numerze 1037 dodaje bardzo jasno: „Bóg nie przeznacza nikogo do piekła”. Do wiecznego oddzielenia od Boga prowadzi dobrowolne odwrócenie się od Niego przez grzech śmiertelny i trwanie w nim aż do końca. Dlatego nauka o piekle nie została dana Kościołowi po to, aby wskazywać, kto na pewno jest potępiony. Ma być wezwaniem do odpowiedzialności, nawrócenia i poważnego potraktowania ludzkiej wolności.

„Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”

Odpowiedzą chrześcijaństwa na śmierć jest Jezus Chrystus. Przy grobie Łazarza Jezus mówi do Marty: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11,25-26).

Zauważmy, że Jezus nie mówi jedynie: „Ja wiem, co stanie się po śmierci”. Mówi: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Chrześcijańska nadzieja nie opiera się więc przede wszystkim na naszej wiedzy o przyszłości. Opiera się na Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał. Święty Paweł stawia sprawę bardzo jasno: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara” (1 Kor 15,17). Wszystko zależy od tego wydarzenia. Jeżeli Chrystus rzeczywiście powstał z martwych, śmierć nie jest już końcem ludzkiej historii. Dlatego podczas pogrzebu chrześcijańskiego nie mówimy, że śmierć jest nieważna. Jest bolesna. Rozdziela ludzi. Pozostawia pustkę, ale nie ma ostatniego słowa.

Ostatnie słowo należy do Boga.

Zmartwychwstanie ciała – będziemy naprawdę żyć

Niektórzy wiarę w życie wieczne sprowadzają do zdania: „dusza idzie do nieba”. To prawda, ale niepełna. W każdą niedzielę podczas Credo wyznajemy coś więcej: „oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie”.

Kompendium w numerze 203 wyjaśnia, że zmartwychwstanie ciała oznacza, iż ostatecznym stanem człowieka nie będzie istnienie samej duszy oddzielonej od ciała. Nasze śmiertelne ciała również zostaną przywrócone do życia. Święty Paweł pisze: „Zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne” (1 Kor 15,42-43).

Jak dokładnie będzie wyglądało ciało zmartwychwstałe? Tego nie wiemy. Kościół nie udaje, że zna szczegóły, których Bóg nie objawił. Wiemy natomiast, że człowiek zostanie zbawiony w całej prawdzie swojego człowieczeństwa. Bóg nie zbawia jedynie jakiejś duchowej części człowieka. Zbawia człowieka.

Sąd Ostateczny i spełnienie historii

Sąd szczegółowy, który następuje po śmierci każdego człowieka, nie jest tym samym co Sąd Ostateczny. Kompendium w numerze 214 naucza, że Sąd Ostateczny będzie polegał na ostatecznym objawieniu dobra, które każdy uczynił lub którego zaniechał podczas swojego ziemskiego życia. Dokona się on przy chwalebnym powrocie Chrystusa. Nie znamy daty tego wydarzenia. Jezus mówi jednoznacznie: „O dniu owym i godzinie nikt nie wie” (Mt 24,36). Dlatego wszelkie próby wyliczania daty końca świata stoją w sprzeczności z postawą, do której wzywa Ewangelia. Chrześcijanin nie ma obliczać daty końca świata. Ma być gotowy na spotkanie z Chrystusem. A koniec historii w rozumieniu chrześcijańskim nie oznacza zwykłego unicestwienia stworzenia. Pismo Święte mówi o „nowym niebie i nowej ziemi” (2 P 3,13; Ap 21,1). Kompendium w numerze 216 naucza, że po Sądzie Ostatecznym cały wszechświat, wyzwolony z niewoli zniszczenia, będzie uczestniczył w chwale Chrystusa.

W Apokalipsie pojawia się jedna z najpiękniejszych obietnic. Święty Jan ukazuje rzeczywistość, w której Bóg otrze łzy z oczu człowieka, śmierci już nie będzie, a wraz z nią przeminą żałoba, krzyk i trud (por. Ap 21,4).

To niezwykły obraz, ponieważ nie mówi jedynie o tym, że po śmierci „coś będzie”. Mówi o ostatecznym zwycięstwie Boga nad wszystkim, co dzisiaj rani człowieka. Nad śmiercią, która rozdziela. Nad cierpieniem, które czasami odbiera nadzieję. Nad grzechem, który niszczy relacje. Nad samotnością, lękiem i wszystkim, wobec czego człowiek doświadcza własnej bezradności. Chrześcijańska wizja wieczności nie jest więc ucieczką od świata. Jest obietnicą, że Bóg doprowadzi swoje dzieło do pełni.

Apokalipsa mówi dalej: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5). Nie: tworzę wszystko od początku, jak gdyby dotychczasowa historia nie miała żadnego znaczenia. Bóg czyni wszystko nowe. To, co zostało zranione, zostanie uzdrowione. To, co zostało skażone grzechem, zostanie oczyszczone. To, co podlegało śmierci, zostanie przemienione. Ostatecznym celem historii nie jest więc pustka. Jest nim odnowienie stworzenia i pełna komunia człowieka z Bogiem.

Czy w niebie rozpoznamy tych, których kochaliśmy?

To pytanie bardzo często pojawia się po śmierci kogoś bliskiego. Czy jeszcze zobaczę swoją matkę? Ojca? Męża? Żonę? Dziecko? Przyjaciela? Czy będziemy się znali? Czy nasze ziemskie więzi całkowicie znikną?

Kościół nie daje szczegółowego opisu tego, jak będą wyglądały relacje między zbawionymi. Nie powinniśmy więc dopowiadać tego, czego Objawienie nam nie mówi. Wiemy jednak, że niebo nie oznacza samotności. Jest komunią. Katechizm w numerze 1024 naucza o „doskonałej wspólnocie życia i miłości z Trójcą Świętą, z Dziewicą Maryją, aniołami i wszystkimi świętymi”. Niebo nie jest zatem miejscem, w którym człowiek zostaje sam na sam z Bogiem i przestają istnieć wszyscy inni. Miłość, która rzeczywiście była dobra, nie może być czymś obcym wobec wieczności. Bóg nie niszczy tego, co w naszym życiu było prawdziwą miłością. Oczyszcza ją i doprowadza do pełni. Nie oznacza to, że relacje w wieczności będą prostym przedłużeniem ziemskich układów rodzinnych. Jezus, odpowiadając saduceuszom na pytanie dotyczące zmartwychwstania, wyraźnie pokazuje, że życie przyszłe nie jest zwyczajnym powtórzeniem obecnego życia (por. Mt 22,23-33). Wieczność będzie czymś więcej, niż potrafimy sobie dzisiaj wyobrazić.

Święty Paweł pisze: „Teraz poznaję po części, wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany” (1 Kor 13,12). Nie daje nam technicznego opisu przyszłego świata, ale pokazuje pełnię poznania, do której zmierzamy. Możemy więc mieć nadzieję, że w Bogu nie utracimy tych, których kochaliśmy. Przeciwnie, dopiero w Nim miłość zostanie uwolniona od egoizmu, zazdrości, lęku przed utratą i od śmierci. Dlatego wiara pozwala stanąć przy grobie bliskiego człowieka i powiedzieć coś więcej niż tylko: „Będę cię pamiętał”. Pamięć jest ważna, ale chrześcijanin może powiedzieć także: „Ufam, że żyjesz w niebie razem z Bogiem”.

Dlaczego modlimy się za zmarłych?

Miesiąc listopad przypomina nam o tej prawdzie szczególnie mocno. Idziemy na cmentarze, zapalamy znicze, przynosimy kwiaty. Są to piękne gesty pamięci i wdzięczności. Jednak dla chrześcijanina najważniejszym darem dla zmarłego nie jest światło znicza ani najpiękniejszy bukiet. Jest nim modlitwa.

Kościół od pierwszych wieków modli się za zmarłych. Katechizm w numerze 958 przypomina, że nasza modlitwa może nie tylko pomóc zmarłym, ale również sprawić, że ich wstawiennictwo za nami stanie się skuteczne. Z kolei katechizm w numerze 1032 wskazuje na biblijny fundament modlitwy za zmarłych, odwołując się do Drugiej Księgi Machabejskiej i czynu Judy Machabeusza, który polecił złożyć ofiarę za poległych. Dlatego Msza święta sprawowana za zmarłego ma tak wielkie znaczenie. Kościół nie wspomina zmarłych jedynie z sentymentu. Włącza modlitwę za nich w ofiarę Chrystusa. Podczas każdej Eucharystii modlimy się za tych, którzy odeszli przed nami. Prosimy, aby Bóg przyjął ich do swojej światłości i pokoju.

To zmienia również sposób przeżywania żałoby. Kiedy umiera ktoś bliski, pojawia się poczucie pustki i bezradności. Za życia mogliśmy zadzwonić, przyjechać, pomóc, podać lekarstwo, potrzymać za rękę, powiedzieć dobre słowo. Po śmierci wydaje się, że niczego więcej nie możemy zrobić. Wiara w świętych obcowanie uświadamia nam, że: możemy ofiarować Eucharystię, możemy powierzać tego człowieka miłosierdziu Boga. Jest jeszcze coś. Możesz również czynić dobro, którego nauczył cię zmarły. Jeżeli nauczył cię przebaczać – przebacz. Jeżeli był człowiekiem wrażliwym na potrzebujących – pomóż komuś. Wtedy pamięć przestaje być jedynie powracaniem do przeszłości. Zaczyna przynosić dobro w teraźniejszości.

Żałoba nie jest brakiem wiary

Warto powiedzieć jeszcze jedno, szczególnie tym, którzy doświadczyli śmierci kogoś bardzo bliskiego. Wiara w życie wieczne nie sprawia, że człowiek przestaje cierpieć po stracie. Chrześcijaństwo nie wymaga od osoby przeżywającej żałobę, aby natychmiast się uśmiechnęła i powiedziała: „Przecież spotkamy się w niebie”. Święty Paweł pisze do Tesaloniczan: „Nie chcemy, bracia, waszego trwania w niewiedzy co do tych, którzy umierają, abyście się nie smucili jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei” (1 Tes 4,13). Zauważmy, że Apostoł nie mówi: „abyście się nie smucili”. Mówi: abyście nie smucili się jak ci, którzy nie mają nadziei. To ogromna różnica. Chrześcijanin może się smucić. Może tęsknić. Może wejść do pustego mieszkania i rozpłakać się na widok pozostawionych rzeczy. Może odruchowo chcieć zadzwonić do kogoś, kto już nie odbierze telefonu. Może przeżywać rocznicę śmierci znacznie trudniej, niż się spodziewał. Może po latach usłyszeć piosenkę, zobaczyć zdjęcie albo poczuć znajomy zapach i nagle wrócić pamięcią do człowieka, którego nie ma obok. Wiara nie usuwa tęsknoty. Daje jej jednak perspektywę. Chrześcijańska żałoba jest bólem przeżywanym z nadzieją. Dlatego płaczemy przy grobach, ale jednocześnie podczas Mszy świętej pogrzebowej zapalamy paschał – znak Chrystusa Zmartwychwstałego. Żegnamy człowieka, ale modlimy się o jego życie wieczne. Składamy ciało w ziemi, a jednocześnie wyznajemy: „oczekuję wskrzeszenia umarłych”.

Czy należy bać się śmierci?

Lęk przed śmiercią jest czymś głęboko ludzkim. Możemy wierzyć w życie wieczne i nadal obawiać się umierania. Możemy bać się bólu, choroby, zależności od innych, rozstania z rodziną, chwili odchodzenia. Nie należy z tego powodu oskarżać siebie o brak wiary.

Sam Jezus w Getsemani doświadczał trwogi przed tym, co miało nadejść. Modlił się: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich” (Mt 26,39). Chrystus nie udaje, że cierpienie i śmierć są czymś łatwym. Przechodzi przez nie jako prawdziwy człowiek.

Jednocześnie wiara uczy patrzeć na śmierć nie tylko jako na koniec życia, ale jako na przejście. Katechizm w numerze 1010 naucza, że dzięki Chrystusowi śmierć chrześcijańska ma sens pozytywny. Przywołuje słowa św. Pawła: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk” (Flp 1,21). Nie oznacza to pogardy dla życia. Chrześcijanin nie powinien pragnąć śmierci dlatego, że życie stało się trudne. Życie jest darem Boga i trzeba je chronić. Chodzi o coś innego: człowiek może dojrzewać do takiego zaufania, w którym wie, że także w chwili śmierci nie wypadnie z rąk Boga. Pięknie wyraża to modlitwa Kościoła: „Życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. To zdanie z prefacji za zmarłych nie mówi, że śmierci nie ma. Mówi, że śmierć nie jest unicestwieniem człowieka.

Myśl o wieczności powinna zmieniać teraźniejszość

Możemy dużo mówić o niebie, czyśćcu, sądzie i zmartwychwstaniu, ale pozostaje najważniejsze pytanie: co te prawdy zmieniają w moim życiu dzisiaj? Może właśnie tutaj znajduje się sens chrześcijańskiej nauki o rzeczach ostatecznych. Jezus nie objawił nam prawdy o wieczności po to, abyśmy bez końca zastanawiali się, jak wygląda niebo. Objawił ją, abyśmy inaczej żyli na ziemi.

Jeżeli moje życie ma wieczną wartość, to znaczenie ma sposób, w jaki traktuję drugiego człowieka. Znaczenie ma przebaczenie, którego od miesięcy odmawiam. Znaczenie ma krzywda, której nie chcę naprawić. Znaczenie ma człowiek samotny, którego ciągle nie mam czasu odwiedzić. Znaczenie ma modlitwa, którą odkładam. Znaczenie ma pojednanie z Bogiem. Znaczenie ma dobro uczynione wtedy, kiedy nikt go nie widzi. W perspektywie wieczności wiele rzeczy, które dzisiaj wydają nam się ogromne, stają się malutkie. Ile energii potrafimy stracić na spory, które po kilku latach nie będą miały żadnego znaczenia. Ile czasu zabierają nam urazy. Jak długo potrafimy pamiętać jedno źle wypowiedziane zdanie. Jak bardzo zależy nam czasem na tym, żeby mieć rację, nawet jeśli ceną jest utrata drugiego człowieka. A jednocześnie rzeczy pozornie małe okazują się wielkie: telefon do samotnej osoby, cierpliwość wobec starszych rodziców, przebaczenie, uczciwość, czas poświęcony dziecku, obecność przy chorym, kawałek chleba podany potrzebującemu. W Ewangelii Jezus właśnie z takich rzeczy buduje obraz Sądu Ostatecznego: „Byłem głodny, a daliście Mi jeść… byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (Mt 25,35-36). Wieczność nie odbiera więc znaczenia ziemskiemu życiu. Przeciwnie – pokazuje jego prawdziwą wartość.

„Dziś będziesz ze Mną”

Jest w Ewangelii scena, która może stać się jednym z najpiękniejszych obrazów chrześcijańskiej wiary w życie wieczne. Jezus umiera na krzyżu. Obok Niego umiera człowiek, który nie ma już czasu, aby naprawić swoje życie. Nie może zejść z krzyża, oddać tego, co zabrał, przeprosić wszystkich, których skrzywdził, ani rozpocząć wszystkiego od nowa. Pozostało mu niewiele czasu. I wtedy zwraca się do Jezusa: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Odpowiedź Chrystusa brzmi: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju” (Łk 23,42-43).

Nie wolno tego fragmentu rozumieć jako zachęty do odkładania nawrócenia do ostatniej chwili. Nie wiemy, kiedy przyjdzie nasza ostatnia chwila. Ta scena pokazuje jednak coś niezwykle ważnego o Bogu: dopóki trwa ziemskie życie człowieka, droga do Jego miłosierdzia nie jest zamknięta. Dlatego Kościół nie chce, aby nauka o śmierci prowadziła do rozpaczy. Przeciwnie, wzywa do nawrócenia i zaufania Bożemu miłosierdziu. Nie chodzi o naiwną pewność, że sposób naszego życia nie ma znaczenia. Ma ogromne znaczenie. Chodzi o przekonanie, że żaden grzech człowieka nie jest większy od miłosierdzia Boga, jeżeli człowiek rzeczywiście się na nie otwiera.

Świadomość śmierci może budzić lęk, ale może też porządkować życie. Jezus wielokrotnie przypomina uczniom o potrzebie czuwania. Nie po to, żeby żyli przestraszeni, lecz żeby nie zmarnowali czasu, który otrzymali. „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny” – mówi Chrystus (Mt 25,13).

Czuwanie nie oznacza siedzenia i oczekiwania na śmierć. Czuwanie oznacza życie w taki sposób, aby nie trzeba było któregoś dnia rozpaczliwie mówić: gdybym wiedział, że mam tak mało czasu, żyłbym inaczej. Gdybym wiedział, że to ostatnia rozmowa z ojcem, może nie kończyłbym jej gniewem. Gdybym wiedział, że to ostatni wieczór z rodziną, może odłożyłbym telefon. Gdybym wiedział, że nie będę miał już okazji powiedzieć „przepraszam”, może powiedziałbym to dzisiaj. Gdybym wiedział, że za chwilę stanę przed Bogiem, może inaczej spojrzałbym na pewne rzeczy, o które teraz walczę. Nie znamy dnia ani godziny. Właśnie dlatego wykorzystujmy dobrze dany nam czas.

„Co będzie potem?”

Wracamy więc do pytania, od którego rozpoczęła się ta katecheza: co będzie potem?

Kościół nie odpowiada na nie opowieściami mającymi zaspokoić naszą ciekawość. Nie mówi nam, jak wyglądają ulice nieba, ile trwa czyściec według naszego sposobu mierzenia czasu ani w jaki sposób będziemy odczuwać rzeczywistość po zmartwychwstaniu. W wielu miejscach uczciwą odpowiedzią pozostaje: nie wiemy, ale to, co zostało nam objawione, jest wystarczająco wielkie. Wiemy, że śmierć kończy ziemskie życie człowieka, ale nie oznacza jego unicestwienia. Wiemy, że po śmierci człowiek staje przed Bogiem na sądzie szczegółowym. Wiemy, że Kościół naucza o niebie jako pełnej komunii z Bogiem, o oczyszczeniu tych, którzy umierają w Jego łasce, lecz potrzebują jeszcze oczyszczenia, oraz o realnej możliwości ostatecznego odrzucenia Boga. Wiemy, że modlitwa za zmarłych ma sens. Wiemy, że na końcu czasów Chrystus powróci w chwale, nastąpi zmartwychwstanie ciał i Sąd Ostateczny. Wiemy, że stworzenie zostanie odnowione ale przede wszystkim wiemy, że Chrystus zmartwychwstał. I dlatego ostatnim słowem wiary wobec śmierci nie jest grób. Jest nim życie. Nie ciemność. A światło. Nie rozstanie na zawsze, a spotkanie z Bogiem. A jeśli chcemy przygotować się na to spotkanie, nie musimy zaczynać od zastanawiania się, kiedy umrzemy. Trzeba zacząć od tego, jak żyjemy dzisiaj. Czy kochamy. Czy przebaczamy. Czy umiemy powiedzieć „przepraszam”. Czy potrafimy dostrzec człowieka obok. Czy jesteśmy pojednani z Bogiem. Czy nie odkładamy czynienia dobra na inny czas, którego nikt z nas nie ma zagwarantowanego, bo chrześcijańskie pytanie o wieczność ostatecznie prowadzi do teraźniejszości. Do dzisiejszego dnia. Do ludzi, których Bóg dzisiaj postawił obok nas. I do Chrystusa, który mówi: „Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25).

Przewijanie do góry